Gdy w polskich salach bokserskich mówi się o młodych talentach wagi ciężkiej (heavyweight), jedno nazwisko pada coraz częściej – Piotr Łącz (14-0-1). Urodzony w Bielsku-Białej pięściarz od najmłodszych lat wyróżniał się siłą, determinacją i nieustępliwością, które z czasem miały go wynieść na ringi zawodowego boksu. Jego kariera rozwijała się stopniowo, ale konsekwentnie. Najpierw medale mistrzostw Polski w boksie olimpijskim, w tym złoty, potem debiut zawodowy, a następnie seria zwycięstw, które zbudowały jego pozycję jako jednego z najciekawszych młodych zawodników wagi ciężkiej w kraju.
Łącz, walczący z klasycznej pozycji ortodoksyjnej, szybko zyskał przydomek „Polski Tyson” – nie tylko z powodu agresywnego stylu i mocnych nokautów, ale też przez nieustanny nacisk, jaki wywiera na rywali. I choć sam pięściarz nie przepada za przydomkiem, który mu nadano, zawsze daje on ciekawe pojedynki, na które czekają kibice. W jego rekordzie pojawiały się kolejne zwycięstwa przed czasem, a każde kolejne starcie potwierdzało, że drzemią w nim cechy, które w przyszłości mogą zaprowadzić go bardzo wysoko.
Momentem przełomowym w dotychczasowej karierze Łącza był udział w prestiżowym turnieju WBC Boxing Grand Prix – globalnej rywalizacji dla młodych i utalentowanych pięściarzy wagi ciężkiej. To wydarzenie, organizowane przez najbardziej rozpoznawalną federację bokserską świata, miało być dla Polaka nie tylko sprawdzianem sportowym, ale też szansą na międzynarodowy rozgłos.
Turniej przyciągnął zawodników z całego świata, a jego formuła wymagała nie tylko siły, ale i taktycznego myślenia. Uczestnicy walczyli bowiem co dwa miesiące, a każdy pojedynek mógł zadecydować o “być albo nie być” w kolejnej fazie. Dla Łącza oznaczało to konieczność pokazania wszystkiego, co posiada – od techniki, przez kondycję, po instynkt nokautera, z czego zdecydowanie słynie. W tym wszystkim pomagał i nadal pomaga mu jego wieloletni trener, Łukasz Brudny.
Łącz rozpoczął swoją przygodę w WBC Grand Prix od mocnego akcentu. W fazie eliminacyjnej pokonał Belgijczyka Michaela Pirottona (10-1-0), wygrywając jednogłośnie na punkty. Był to pojedynek, który pokazał jego dojrzałość – potrafił kontrolować tempo walki i punktować rywala rundę po rundzie, nie ryzykując zbędnych błędów. Prawdziwy popis dał jednak w kolejnym etapie. W 1/8 finału zmierzył się z Marko Milunem (1-1-0) nokautując go już w pierwszej rundzie potężnym lewym hakiem. Publiczność zareagowała żywiołowo: polski pięściarz nie tylko zwyciężył efektownie, ale też wysłał jasny sygnał, że należy do grona głównych faworytów turnieju.
Największe emocje przyniósł jednak ćwierćfinał. Łącz stanął naprzeciw niebezpiecznego Argentyńczyka Kevina Ramireza (10-0-2). Walka była niezwykle wyrównana, a obaj pięściarze mieli swoje momenty. Po ostatnim gongu sędziowie ogłosili remis, co oznaczało, że o awansie zadecyduje dodatkowy panel ekspertów WBC. Decyzja ta okazała się dla polskiego zawodnika gorzka. Panel WBC wskazał Ramireza jako zwycięzcę, a tym samym Łącz zakończył swój udział w turnieju na etapie ćwierćfinału. Choć jego rekord pozostał nienaruszony, bo oficjalnie starcie zapisano jako remis, odpadnięcie w tak dramatycznych okolicznościach pozostawiło dość spory niedosyt.
Po turnieju, Łącz przyznał w wywiadach, że ogromny wysiłek treningowy i brak odpowiedniej regeneracji mogły odegrać rolę w końcowym rezultacie. Chęć udowodnienia swojej wartości sprawiła, że trenował ponad miarę, co odbiło się na jego dyspozycji w kluczowym pojedynku. Była to cenna lekcja, którą, jak sam mówi, zamierza wykorzystać w dalszej karierze. Mimo przedwczesnego zakończenia przygody z WBC Grand Prix, występ Łącza uznano za bardzo obiecujący. Wygrał dwie walki z rzędu, w tym jedną przez nokaut, a w ćwierćfinale pokazał, że potrafi rywalizować z zawodnikami z wysokiej półki. Co więcej, jego nazwisko po raz pierwszy zabrzmiało szerzej na arenie międzynarodowej, a eksperci zgodnie uznali go za pięściarza z ogromnym potencjałem.
Łącz ma dopiero dwadzieścia siedem lat, a więc najlepsze lata kariery wciąż przed nim. Turniej WBC Grand Prix, choć zakończył się niedosytem, stał się dla niego cennym doświadczeniem oraz testem charakteru, umiejętności i odporności psychicznej. W środowisku bokserskim panuje przekonanie, że Polak jeszcze nie raz zamiesza w światowej czołówce, a lekcje wyniesione z turnieju będą procentować w jego dalszej karierze.
Autor: Michal Adamczyk – redaktor naczelny. Kontakt: frontoffice@boxingzone.org