Zawsze interesowałem się boksem, lubiłem ten sport, ale dopiero walki Adama Kownackiego wywołały u mnie prawdziwą obsesję – jakkolwiek to brzmi. To właśnie on sprawił, że zainteresowanie tym sportem przerodziło się w coś, co można nazwać największą życiową pasją, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Podróżowałem na jego walki, żyłem tym rytmem, a z czasem założyłem własny portal. Z każdą kolejną galą byłem coraz bliżej jego otoczenia, aż w końcu, po prostu, staliśmy się znajomymi.

Dzięki Adamowi poznałem jego brata, Łukasza Kownackiego, który wtedy działał w jego teamie. Łukasz to naprawdę świetny biznesmen, nigdy nie boksował, ale boks czuje jak mało kto. Ma zmysł do ludzi i do decyzji. Widzi w zawodnikach potencjał, zanim inni w ogóle zaczynają się przyglądać.

To właśnie Łukasz wziął pod swoje skrzydła Damiana Knybę. Zaprosił go do Nowego Jorku na sparingi z Adamem, gdy ten przygotowywał się do pierwszej walki z Robertem Heleniusem. Damian miał wtedy wystąpić w prestiżowym turnieju Golden Gloves. Turnieju, którego zwycięzca ma praktycznie otwartą drogę do zawodowego kontraktu. Tyle że nadeszła pandemia. Golden Gloves odwołano, a Damian musiał wrócić do Polski.

Niedługo później przegrał w finale mistrzostw Polski z Oskarem Safaryanem, głównie przez rozcięcie. Łukasz już wtedy do mnie dzwonił, pytał, co o tym myślę. Wkrótce potem zapadła decyzja: czas na zawodowstwo. Debiut Damiana odbył się w Człopie, czyli małej wsi, o której większość ludzi nigdy nie słyszała. Mój portal BoxingZone dopiero wtedy raczkował. Łukasz wysłał mi plakat i zadzwonił z prośbą, żebym wrzucił informację o debiucie. Pomyślałem: czemu nie?

Niedługo potem sam skontaktowałem się z Damianem, i jak się okazało, byłem pierwszym człowiekiem, któremu kiedykolwiek udzielił wywiadu. Pamiętam, że był wtedy potwornie zestresowany. Mówił powoli, przerywał, szukał słów. Przerywaliśmy wywiad kilka razy, śmiejąc się z tego później, już z dystansem. Dziś wspominamy tamten dzień z uśmiechem, ale wtedy on naprawdę czuł potworną tremę, tak jakby udzielał wywiadu magazynowi The Ring w obcym języku.

Damian wygrał w debiucie przez nokaut w pierwszej rundzie. Potem walczył regularnie: mniej więcej co dwa miesiące i głównie na galach Andrzeja Wasilewskiego. Wtedy kontaktowaliśmy się tylko zdalnie: ja w Stanach, on w Polsce. Ale zawsze rozmawialiśmy przed i po walce.

Z czasem Łukasz postanowił pójść krok dalej. Wraz z Erykiem Rachwałem zorganizowali pierwszą galę pod szyldem Kownacki Promotions. W projekt mocno zaangażował się Michał Olżyński, który jak wynika z relacji zarówno Łukasza jak i Eryka, ogarnął wiele szczegółów i zadbał o każdy detal wraz z pełnym profesjonalizmem. Gala transmitowana była w Polsat Sport, a Damian był oczywiście głównym bohaterem wieczoru: skończył wszystko w pierwszej rundzie.

Kolejna gala odbyła się w Szczytnie, potem przyszedł czas na Stany Zjednoczone. W maju 2022 roku Damian zadebiutował w USA. Po walce spędziliśmy trzy dni w Pensylwanii, w miejscu, gdzie Łukasz i jego ówczesna dziewczyna (dziś żona) Justyna, mają kompleks domków w lesie. Cudowne miejsce: cisza, grill, rozmowy, zwiedzanie, wodospad i oczywiście niekończące się rozmowy o boksie. To tam lepiej poznałem Eryka. I przyznam, na początku myślałem, że to taki lekki cwaniaczek (jeśli to czyta, pewnie da mi później popalić, haha), ale szybko zobaczyłem, jak bardzo się myliłem. Naprawdę zajebisty, ułożony, lojalny człowiek, a przy tym bardzo konkretny, co sobie bardzo cenię i zwyczajnie ludzki. Miał zaledwie 24 lata, gdy prowadził agencję piłkarską, współpracował z klubami w Polsce. Pamiętam, że spytałem go, czy piłka nożna to jego największa pasja. Bez zawahania odpowiedział, że tak. Dziś sam się z tego śmieje, bo teraz już wiadomo, że boks już całkowicie go pochłonął.

Nie mam wątpliwości, że największą robotę w rozwoju sportowym Damiana wykonał Łukasz, ale Eryk przez lata dorzucił do tego znacznie więcej niż przysłowiowe trzy grosze. Jego praca nie jest widoczna w mediach, nie mówi o niej głośno, ale ja wiem, ile zrobił i jak wiele wciąż robi dla Damiana. Po tamtej gali w Nowym Jorku, podczas pobytu w Pensylwanii usiedliśmy wieczorem przy stole. Pamiętam dokładnie, jak Eryk powiedział do mnie:

“My dopiero zaczynamy tę przygodę. A ty, Michał, jesteś z nami od początku. I razem będziemy iść do góry.”

I faktycznie tak się stało. Wtedy mało kto wiedział, kim jest Damian Knyba. Nazwisko Kownacki kojarzyło się głównie z jego starszym bratem, a Eryk był z kolei kompletnym anonimem. Ale ja wiedziałem, że coś z tego będzie. Nasza komunikacja od samego początku opierała się na zaufaniu, rozmowach i bardzo dobrym kontakcie, a w świecie boksu, to więcej niż połowa sukcesu.

Nie chcę się w żaden sposób “podpinać” pod sukces czy rozwój Damiana. Po prostu mam szczęście być przy tym od początku i cieszę się, że mogę dokładać choćby małą cegiełkę do tej historii.

Podczas tamtego wyjazdu do Pensylwanii był z nami jeszcze Zbuku – polski raper, którego wcześniej kompletnie nie kojarzyłem i nie miałem pojęcia kto to w ogóle jest. Przyznam, że wychowałem się na innej epoce: O.S.T.R., Peja, WWO – to były moje klimaty. Zbuku był więc dla mnie kompletnym anonimem, chociaż bardzo szybko przekonałem się, że to świetny gość. Spokojny, normalny, bez gwiazdorstwa. Po prostu zajebisty człowiek.

Właśnie wtedy, podczas tamtego pobytu, wydarzyło się coś, co dla Damiana mogło być jednym z kluczowych momentów w jego rozwoju. Siedzieliśmy razem, rozmawialiśmy o boksie, o planach, gdy Łukasz odebrał telefon i potwierdził, że zespół Oleksandra Usyka chciały widzieć Damiana u siebie na sparingach i potwierdzają, że są na sto procent zdecydowani. Chwilę później Łukasz mówi: Michał, puszczaj pierwszy to info.

I tak się stało. Opublikowałem tweeta z informacją, a w ciągu kilku godzin powoływały się na niego ogólnopolskie portale sportowe, pisząc, że to ja poinformowałem o tym jako pierwszy. Przyznam – to było przyjemne uczucie. Nie w sensie ego, tylko satysfakcji: że coś, co budowaliśmy z Damianem i jego teamem od małej Człopy, zaczynało nabierać realnych, światowych wymiarów.

Same sparingi nie trwały długo, ale – jak opowiadał mi później Damian – to była prawdziwa lekcja boksu. Usyk nie daje taryfy ulgowej.

Po powrocie do Polski Łukasz zorganizował kolejną galę, tym razem w Rudzie Śląskiej. Damian pierwszy raz boksował na dystansie ośmiu rund, z Konstantinem Dovbyschenko – twardym Ukraińcem, który choć ma na dzień dzisiejszy na swoim koncie dziewiętnaście porażek, jednak nigdy nie został znokautowany.

Tamtego wieczoru Damian nie czuł się dobrze. Coś zawiodło w przygotowaniach. Już po trzech rundach był wyraźnie zmęczony, ale mimo to dowiózł zwycięstwo na pełnym dystansie. Następnego dnia rozmawialiśmy przez kamerę. Był przybity, widać było, że sam z siebie nie był zadowolony. Powiedział mi, że może to był błąd: wziąć walkę na osiem rund. Odpowiedziałem mu wtedy, że wręcz przeciwnie. Lepiej, że ten moment przyszedł teraz, niż później, gdy przyjdzie rywalizować z kimś mocniejszym. Po chwili przyznał mi rację. Chyba faktycznie ją miałem.

Podczas tamtej gali komentatorzy Andrzej Kostyra i Krzysztof Kosedowski żartowali, że z taką formą Damian może w USA co najwyżej kontrakt dostać… ale w fabryce drewna. Nie wiedzieli tego, co ja wiedziałem. Już wtedy miałem od Łukasza potwierdzenie, że kolejna walka Damiana odbędzie się w Stanach, i to na naprawdę dużej gali.

Jeszcze przed Rudą Śląską Łukasz zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym zająć się prowadzeniem mediów społecznościowych Damiana. Chodziło o to, by wszystko wyglądało profesjonalnie, a Damian mógł się skupić tylko na treningu. Zgodziłem się bez wahania z olbrzymią przyjemnością.

Wtedy Łukasz zdradził mi coś w sekrecie – coś, co wówczas miało pozostać tajemnicą. Dziś nie wydaje mi się, aby był sens to ukrywać. Powiedział: Damian wystąpi w grudniu na gali Top Rank w Madison Square Garden. Zamurowało mnie. To był szok zarowno dla mnie, jak i dla każdego, kto znał tamten etap kariery Damiana. Łukasz odwalił tutaj naprawdę kawał rewelacyjnej roboty.

Oczywiście nikomu o tym nie mówiłem, tak jak się umawialiśmy. W tym samym czasie, na Twitterze (czy raczej dzisiejszym X), jeden z polskich dziennikarzy napisał ironicznie, że jedynym powodem, dla którego warto było oglądać walkę Damiana z Dovbyschenko, był komentarz Kostyry i Kosedowskiego. Odpisałem mu wtedy: „Spokojnie, Damian już niedługo wystąpi na wielkiej gali w USA.” Na co odparł tylko: “„Weź przestań” – głosem Górala.”

No cóż… pozostawię to dalej bez komentarza, bo jak było, pokazał czas.

Parę miesięcy później Damian naprawdę wystąpił w Madison Square Garden, w walce z Emilio Salasem na gali Top Rank. Pamiętam dzień ważenia – przyleciałem wtedy do Nowego Jorku. Byliśmy tylko we czwórkę: Damian, Eryk, ja i Łukasz. Dziś, gdy patrzę, jak wiele osób kręci się wokół Damiana, jak wielu reporterów, fotografów, doradców chce być blisko, to uśmiecham się pod nosem. Wtedy byliśmy sami, a cel był jeden.

Z Polski angażował się także Michał Olżyński, który gdy miał możliwość pojawienia się na gali w Stanach, zawsze był z nami blisko. Damian zatrzymał Salasa w drugiej rundzie. Nazwisko “Knyba” zaczęło krążyć coraz szerzej.

Dla mnie to też był moment wyjątkowy. Po raz pierwszy mogłem zobaczyć wszystko „od kuchni” – przygotowania, emocje, kulisy. Po ważeniu poszliśmy na sesję zdjęciową, którą zresztą uwieczniłem w jednym z moich filmów. Polecam każdemu, to materiał zza kulis, gdzie widać prawdziwy, niepozowany świat boksu, video dostępne na kanale “BoxingZone Org” na YouTube.

Tamten wyjazd pokazał mi więcej niż wszystkie wcześniejsze gale, na które jeździłem jako akredytowany dziennikarz. Byłem w środku obozu zawodnika. Widziałem, jak to wygląda naprawdę.

A chwilę później przyszedł dla Damiana czas na zmianę trenera. Pożegnanie z Joe Gadigianem i nowy etap pod okiem Shauna George’a. Trenera, który później poprowadził Zhilei Zhanga do wielkich zwycięstw. I tak właśnie Damian wszedł w nowy rozdział swojej kariery. A ja po raz kolejny mogłem obserwować z bliska, jak projekt, w który wierzyłem od samego początku, zaczyna dojrzewać.

Początek 2023 roku przyniósł dla Damiana ogromny przełom. Podpisał kontrakt z Top Rank i został pierwszym Polakiem w historii, który związał się z tą legendarną grupą promotorską. Wielka sprawa. Pamiętam doskonale emocje, jakie towarzyszyły mi przed opublikowaniem tej informacji. Wszystko było zaplanowane co do minuty, dosłownie. Zegar, notka, komunikat, publikacja. Jedno z tych doświadczeń, które pamiętasz na całe życie.

Damian w Top Rank stoczył kilka znaczących pojedynków, choć grupa nie pozwoliła mu na poważniejsze testy. Najpierw Curtis Harper, później miał być Guido Vianello, ale problemy wizowe Damiana sprawiły, że walka nigdy nie doszła do skutku. Oficjalnie o przyczynach nie mówiono, ale ja wiedziałem, jak to wyglądało od środka.

Kolejnym rywalem był Helaman Olguin – walka w tzw. “małym Madison Square Garden”. Damian walczył z rozwaloną kostką, ale mimo to pewnie wypunktował Meksykanina.

Po wszystkim, w drodze do hotelu, poszliśmy na pizzę. Damian nie miał szczególnie apetytu, był zmęczony i zdecydowanie baaaaardzo niezadowolony ze swojego występu. Na szczęście Eryk jak zwykle potrafił rozładować atmosferę i wprowadzić odrobinę, a nawet więcej niż odrobinę luzu, haha. Łukasz, jak to Łukasz: zadbał dosłownie o wszystko, o każdy szczegół organizacyjny, a po gali, o ile dobrze pamiętam, musiał jeszcze iść do pracy. Człowiek orkiestra.

Następnym przystankiem była słoneczna Floryda, Miami. Przyznaję: byłem w życiu w 44 stanach, w tym na Florydzie w takich miastach jak Daytona, czy bliskie mojemu sercu Clearwater – piękne miejsce, ale w Miami byłem po raz pierwszy. I muszę przyznać, było świetnie.

Tam Damian wypunktował do jednej bramki Michaela Polite Coffie’go. Pamiętam, że po walce sporo “internetowych znawców” było zawiedzionych jego występem, czego nie potrafiłem zrozumieć. Damian wykonał perfekcyjną robotę, bo trzymał dystans, nie dopuścił Coffie’go do siebie, wygrał każdą rundę.

Zaraz po walce, jeszcze przy ringu, zapytałem Coffie’go, całego spoconego i wściekłego, co może powiedzieć o Damianie. Odpowiedział krótko: “Kurwa, do niego nie da się przecież podejść!”.

Haha, i faktycznie, nie dało się. Damian ma najdłuższy zasięg ramion na całym świecie, a przy wzroście ponad dwa metry porusza się jak sarenka: lekko, płynnie, niczym na sprężynach. Nie ma drugiego takiego zawodnika. I nie mówię tego, bo to mój kolega. Mówir to jako ktoś, kto ogląda boks niemalże cały czas, każdą galę, od lat.

O sile jego ciosu przekonał się następnie Richard Lartey. Damian znokautował go tak brutalnie, że facet nie był w stanie sam opuścić ringu. To był moment, w którym rozpoczęła się seria zwycięstw przed czasem.

Kolejnymi ofiarami „Polish Hussara” byli Andrzej Wawrzyk, Marcin Siwy i ostatnio Joey Dawejko – wszyscy zastopowani przed czasem. Najwięcej emocji budziła oczywiście walka z Wawrzykiem. Damian delikatnie mówiąc, nie darzy go sympatią. Potrafił z niego żartować poza kamerą, ale i przed kamerami nie gryzł się w język.

Pamiętam konferencję prasową, którą prowadził Eryk, gdyż była to gala promowana właśnie przez niego i Łukasza. Damian uśmiechnął się wtedy i powiedział: “Ale ja do Andrzeja nie mam zupełnie nic… nawet szacunku!”. Wawrzyk za bardzo nie wiedział co odpowiedzieć, a głos zabierał częściej jego doradca, Jeff Wojciechowski, niż on sam.

Nigdy wcześniej ani później nie widziałem, żeby Damian wypowiedział się o kimś w ten sposób. Na konferencji był też mój serdeczny przyjaciel, bo myślę, że z czystym sumieniem mogę go tak nazwać, Piotrek Łącz – świetny pięściarz i człowiek, który również dogryzał Wawrzykowi, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Cóż, Andrzej nie miał wtedy łatwego życia. W ringu dostał ciężki łomot, ale wszystko, co działo się wokół, miało w sobie coś z czarnej komedii, a zarówno Piotrek jak i Damian twardo utrzymywali stanowisko, że Wawrzyk zasłużył sobie na takie traktowanie swoim zachowaniem poza ringiem. Myślę, że nie ma sensu, abym dokładnie przytaczał dlaczego chłopaki byli na niego tak cięci, ale jestem przekonany, że mieli konkretny powód.

Pamiętam przygotowania do tej gali: sprzęt, głośniki, organizacyjne drobiazgi. Spędziłem wtedy z Piotrkiem trzy, lub cztery dni dosłownie non stop. Kto zna Piotrka, ten wie, że jeśli nie może iść na siłownię, to wariuje. Był wściekły, bo ciągle coś nas opóźniało. A mimo to, świetny człowiek. Mało kto jest wobec mnie tak w porządku jak on. Spaliśmy w Damianowym kamperze – on na górze, ja na dole. I powiem szczerze: zwykle po czterechdniach spędzonych z kimś 24 godziny na dobę chcesz już mieć święty spokój. A z Piotrkiem było odwrotnie. Czuliśmy się w swoim towarzystwie po prostu dobrze.

Swojego czasu, gdy Damian przebywał na stałe w Stanach, jego dieta opierała się głównie na jedzeniu z Bratek Deli – polonijnego sklepu w New Jersey. Po konferencji i ważeniu przed galą Knyba vs. Wawrzyk, pojechaliśmy tam z Piotrkiem i Damianem coś zjeść. Nie mogę zdradzić szczegółów (chłopaki na pewno pamiętają), ale powiem tyle – sytuacja była przezabawna i mogła się skończyć niezręcznie. Powiedziałem coś po polsku, czego nie powinienem był powiedzieć, nie zdając sobie sprawy, że wszyscy wokół nas… też mówią po polsku. Na szczęście skończyło się tylko na śmiechu i kilku zabawnych docinkach ze strony Damiana i Piotrka. Przez następne parę dni nie dali mi o tym zapomnieć. Jakby to powiedział Ferdek Kiepski: “Walduś, kurde, ale jaja!”.

Nie wiem, o ilu rzeczach i ilu sytuacjach tu nie wspomniałem, ale jeśli to, co opisałem, stanowi dziesięć procent tego, co faktycznie się wydarzyło, to pewnie dobrze oddaje skalę całej tej historii. Bo wszystko, co przeżyliśmy przez te lata, trudno byłoby zmieścić w jednym tekście.

Dziś Damian stoi przed największą szansą swojego życia – walką o tytuł mistrza świata w wadze ciężkiej. Formalnie: o tytuł tymczasowy, ale realnie – o przepustkę do pełnoprawnego pasa. Żaden Polak nigdy nie posiadał nawet tego tymczasowego trofeum, a 10 stycznia w Oberhausen (Niemcy) Damian Knyba stanie w ringu naprzeciw aktualnego czempiona, niepokonanego Agita Kabayela.

Widzę po komentarzach, że wielu ludzi już go skreśla. Pewnie jakieś 80% komentujących nie daje mu większych szans. Tyle że ja wiem więcej niż te 80%. Widziałem, jak ten chłopak pracuje, jak reaguje w trudnych chwilach, jak rośnie z walki na walkę. Wiem, że Damian może walczyć z Kabayelem jak równy z równym. I wiem, że może tę walkę wygrać. Ktoś może zarzucić mi brak obiektywizmu, ale niech będzie. W tym przypadku nie chcę być obiektywny. Bo wiem, że Damian ma wszystko, żeby sobie poradzić: mocną psychikę, świetne umiejętności i ringową dojrzałość. Przyznam szczerze, że do tej pory ciężko mi uwierzyć w to, że to wszystko co teraz się dzieje, dzieje się naprawdę.

Niektórzy mówią o braku doświadczenia. Tylko że ci ludzie nie widzieli, co ja widziałem. Damian od lat sparuje z najlepszymi. Był w Chorwacji na sparingach z Filipem Hrgoviciem – i jak sam opowiadał, to były prawdziwe wojny. Wrócił z obitymi żebrami, ledwo spał po nocach, ale nie odpuścił. Wszyscy inni już odpadli, a on został do końca, mimo że był przeziębiony. To nie jest chłopak, który się cofa. Jeśli chodzi o innych sparingpartnerów to ci, którzy przychodzą mi do głowy to Helenius, Makhmudov, Zhang Zhilei, czy wspomniany wcześniej Usyk.

To samo z innymi czołowymi zawodnikami świata – wielu z nich naprawdę ceni Damiana za profesjonalizm i charakter. To, co przeżył podczas sparingów, daje mu doświadczenie większe niż niejeden rankingowy pojedynek. Wielu kibiców twierdziło, że Damian “bije kelnerów”. A teraz, gdy dostaje zawodnika z czołówki, ci sami ludzie mówią, że to “za wcześnie”. Tylko że Damian od dawna chciał takich walk. To nie on unikał wyzwań, to inni unikali jego. Kabayel zgłosił się pierwszy. Damian przyjął wyzwanie bez wahania. I bardzo dobrze, bo jak nie teraz, to kiedy?

W końcu nadszedł ten moment, w którym Damian Knyba jest w stanie udowodnić swoją wartość i zamknąć usta niedowiarkom. Ja wierzę, że Damian wygra tę walkę. I mówię to nie tylko jako reporter, ale przede wszystkim jako jego kolega, bo na pierwszym miejscu jestem właśnie nim i niezależnie od tego co wydarzy się w przyszłości, nie sądzę, aby to się zmieniło. Widziałem i wiem, jak ten chłopak ciężko na to wszystko pracował. Widziałem, ile poświęcił. I wiem, że jeśli ktokolwiek w polskim boksie zasługuje dziś na tę szansę, to właśnie on. Cokolwiek się stanie, jestem przekonany, że to dopiero początek wspaniałej drogi, a Damian z takimi ludźmi u boku, jak Łukasz Kownacki, Eryk Rachwał, Shaun George i Piotr Wilczewski, będzie w stanie wejść na sam szczyt, bo determinacji, zaangażowania i poświęcenia zdecydowanie nie jest mu nikt w stanie odmówić.

Czasem łapię się na tym, że to wszystko przypomina film, tylko że bez scenariusza i reżysera. W tym filmie nie ma przypadkowych ról. Każdy z nas, kto był przy tej historii od początku, wie, że dopiero teraz zaczyna się jej najważniejszy rozdział. I niezależnie od wyniku w Oberhausen, wiem jedno: ta historia już dawno znalazła swoje miejsce w historii polskiego boksu i na pewno na dnie mojego serca, bo nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w tak fantastycznej podróży. A ten pociąg dopiero zaczyna się rozpędzać.

Dziękuję, Michal Adamczyk.