W zakończonej przed momentem walce wieczoru na gali Premier Boxing Champions w San Antonio (Texas, Stany Zjednoczone) Isaac Pitbull Cruz (28-3-2) zmierzył się z Lamontem Roachem (25-1-3) w starciu, które od pierwszych sekund narzuciło szybkie tempo i wzbudziło ogromne emocje wśród kibiców. Cruz bronił tymczasowego pasa WBC w kategorii super lekkiej (super lightweight), a dla Roacha był to debiut w tej właśnie dywizji. Po dwunastu rundach intensywnej, taktycznej i momentami chaotycznej walki sędziowie ogłosili remis większościowy, co pozwoliło Cruzowi zachować mistrzowski tytuł.

Isaac Pitbull Cruz od pierwszych sekund zrobił to, czego wszyscy się spodziewali. Gdy tylko zabrzmiał gong, ruszył do przodu jak sprężyna wypuszczona z napięcia, próbując narzucić Lamontowi Roachowi swoje tempo i swoją presję. W San Antonio szybko dało się usłyszeć, po czyjej stronie są trybuny – nazwisko Cruza niosło się z każdego sektora, a sam Meksykanin szedł naprzód bez wahania. Roach od razu został zmuszony do cofania i defensywy, choć momentami potrafił skontrować i przypomnieć, że nie przyjechał tutaj na pożegnanie, tylko po mistrzowski pas.

Wysokie tempo nie spadało. Cruz napierał jak taran, a Roach starał się oddychać między kolejnymi falami ataków. Każda kolejna wymiana wyglądała podobnie: Pitbull skracał ring, próbował wejść w półdystans, a Amerykanin kontrą utrzymywał minimalny porządek. Meksykanin kilka razy został upomniany przez sędziego za niskie ciosy, ale nie zmieniało to faktu, że nacierał dalej, aż do momentu, w którym udało mu się naprawdę naruszyć Roacha. W trzeciej rundzie Roach dotknął ręką maty – nie przewrócił się, ale było jasne, że poczuł cios. Sędzia słusznie wkroczył między zawodników i policzył Amerykanina. Cruz spróbował pójść za ciosem, ale Roach przetrwał kryzys.

Z czasem presja Cruza prowadziła do coraz większej ilości walki w półdystansie. Roach był spychany, klinczował, próbował zyskiwać sekundy na regenerację, ale jednocześnie udowadniał, że nie zamierza się poddać. Cruz miał więcej kontroli nad przestrzenią, ale momentami Roach potrafił wystrzelić czystą kombinacją, która studziła ofensywne zapędy Meksykanina. Walka była brudna, momentami szarpana, pełna upomnień ze strony sędziego, lecz cały czas trzymała intensywność.

W drugiej połowie pojedynku sytuacja zaczęła się zmieniać. Cruz wciąż napierał, ale już nie z tą samą świeżością co na początku. Roach złapał rytm – zaczął punktować, utrzymywać większy spokój, a jego pewność siebie rosła z każdą minutą. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby walka zaczynała mu się układać lepiej niż wcześniej, szczególnie kiedy Cruz zaczął odczuwać skutki własnej agresji: zmęczenie, rozcięcie pod prawym okiem i brak pełnej kontroli nad dystansem.

Obaj zawodnicy z pewnością zdawali sobie sprawę z tego, że ostatnie rundy będą decydujące. W jedenastej odsłonie to Cruz trafił czysto lewym sierpem, przypominając, że nadal ma siłę, by zmienić przebieg walki jednym ciosem. W dwunastej obaj rzucili wszystko, co zostało – mniej klinczu, więcej odwagi i ryzyka. Cios za cios, wymiany w centrum ringu i próba przekonania sędziów na ostatniej prostej.

Gdy zabrzmiał ostatni gong, ciężko było wskazać zwycięxce. Cruz miał przewagę presji i nokdaun, Roach miał czytelniejsze kontrataki i lepszą drugą połowę walki. Sędziowie ocenili to tak jak to wyglądało, czyli na remis. Jeden punktował dla Cruza, jednak dwóch pozostałych nie potrafiło wskazać zwycięzcy. Pas pozostał przy Pitbullu, ale w oczach kibiców obaj zrobili wystarczająco dużo, by mówić o potrzebie rewanżu.

Walka była żywa, momentami chaotyczna, ale przede wszystkim wyrównana. I narracja kończy się dokładnie tam, gdzie powinna: w miejscu, w którym drugi pojedynek wydaje się nie tyle opcją, co naturalną kontynuacją tej historii.

Autor: Michal Adamczyk – redaktor naczelny. Kontakt: boxingzone2020@gmail.com