W sumie pięć nokdaunów, jedenaście rund i parę zwrotów akcji – takich emocji dostarczyli fanom boksu na całym świecie Tyson Fury (31-0-1) i Deontay Wilder (42-2-1), którzy w sobotnią noc  na gali w Las Vegas (Nevada, Stany Zjednoczone) dali kibicom pokaz prawdziwej siły i dramaturgii w walce o tytuł mistrza świata WBC, kategorii ciężkiej (heavyweight). 

Ostatecznie z ręką uniesioną ku górze, ring opuszczal Fury, jednakże Wilderowi niewątpliwie należy się ogromny szacunek za serce do walki. Sam zainteresowany przyznaje, że robił wszystko co w jego mocy, aby wygrać z “Gypsy Kingiem”. 

Starałem się najlepiej jak mogłem, ale to nie wystarczyło. Nie wiem do końca co się stało. Wiem, że robił różne rzeczy na treningach i wiem też, że nie przyszedł z wagą 277 funtów, aby pokazać się jako tancerz baletowy. Przyszedł, aby się na mnie opierać, poturbować mnie i udało mu się to. – powiedział zaraz po walce Wilder. 

Wielu ekspertów i ludzi ze świata boksu uważa, że trzeci, kończący trylogię pojedynek Fury’ego z Wilderem można śmiało zaliczyć do jednych z najlepszych walk w historii wagi ciężkiej, i wiele wskazuje na to, że konfrontacja pomiędzy dwoma zawodnikami zostanie również uznana walką 2021 roku. Takich pojedynków nie ogląda się często, albo prawie w ogóle w królewskiej dywizji. Zwrotów akcji i dramaturgii nie brakowało: najpierw deski w trzeciej rundzie zaliczył Wilder, który zrewanżował się Fury’emu, posyłając go na matę ringu dwukrotnie w czwartej odsłonie. 

W drugiej połowie walki przewaga Fury’ego była już dużo bardziej widoczna, choć Wilder cały czas dzielnie się bronił i po kolejnych nokdaunach w siódmej i dziesiątej rundzie, wstawał i dzielnie kontynuował rywalizację. W jedenastej rundzie wyczerpany Amerykanin nie był już jednak w stanie się podnieść się z maty ringu, dzięki czemu Fury wygrał ostatnią, trylogiczną walkę przez nokaut, broniąc tym samym po raz pierwszy w karierze tytułu mistrza świata.