Sobotnia walka w Riyadh (Arabia Saudyjska) miała być dla Junto Nakatani (32-0, 24 KO) formalnością i przetarciem przed potencjalnym megastarciem z Naoya Inoue (31-0-0). Zamiast tego Japończyk znalazł się w jednej z najtrudniejszych walk swojej kariery, balansując na granicy porażki w bardzo wyrównanym i fizycznym pojedynku z Sebastian Hernandez (20-1, 18 KO).

Oficjalnie Nakatani wygrał jednogłośną decyzją sędziów po dwunastu rundach, jednak werdykt w żadnym wypadku nie oddaje w pełni przebiegu walki. Punktacje 115-113 (dwukrotnie) jeszcze mieszczą się w granicach rozsądku, ale karta 118-110 to czysty kryminał i kompromitacja sędziowska. Tak wysoka przewaga punktowa nie ma żadnego odzwierciedlenia w tym co faktycznie działo sir w ringu.

Od pierwszego gongu Hernandez narzucił bardzo wysokie tempo i konsekwentną presję. Meksykanin nie dawał faworytowi chwili wytchnienia, nieustannie skracając dystans i zmuszając Nakatani’ego do walki w półdystansie. Japończyk lepiej wszedł w pojedynek, punktując z kontry i kontrolując przestrzeń, jednak z każdą kolejną rundą jego przewaga systematycznie topniała.

Druga połowa walki należała wyraźnie do Hernandeza pod względem agresji i aktywności. Choć nie wszystkie ciosy Meksykanina dochodziły czysto do celu, to jego presja, determinacja i liczba zadawanych uderzeń robiły wrażenie – szczególnie w rundach mistrzowskich. Z tego względu remis 114-114 znacznie lepiej oddaje rzeczywisty przebieg pojedynku niż oficjalny werdykt.

Choć zwycięstwo pozostaje w rekordzie Japończyka, jego występ trudno uznać za przekonujący. Jeśli planowany pojedynek z Inoue faktycznie dojdzie do skutku, Nakatani będzie musiał zaprezentować znacznie wyższy poziom, szczególnie w defensywie i kontroli tempa, niż ten, który pokazał w Arabii.

Autor: Michał Adamczyk – redaktor naczelny

Kontakt: boxingzone2020@gmail.com