W zakończonej przed momentem walce wieczoru gali Queensberry Promotions w Oberhausen (Niemcy), Agit Kabayel (27-0-0) pokonał przed czasem Damiana Knybę (17-1-0), broniąc tymczasowego tytułu mistrza świata WBC w kategorii ciężkiej (heavyweight). Ale sposób, w jaki to się odbyło, to skandal, który na niemieckich ringach od dawna jest normą.

To, co wydarzyło się dziś w Oberhausen, to nie był zwykły pojedynek o pas. To był pokaz bezczelności gospodarzy, demonstracja ich odwiecznego mechanizmu, w którym obcy zawodnik ma wejść, zarobić  i wrócić do domu. A jeśli zaczyna wygrywać? Wtedy znajdzie się sposób, żeby to ucinać w zarodku. I dokładnie to spotkało Damiana Knybę.

Od pierwszych sekund pierwszej rundy Knyba pokazał, że nie przyjechał tu robić za tło. Rzucił się na Kabayela z agresją, dynamiką i czymś, czego Niemiec totalnie się nie spodziewał. W połowie rundy Polak mocno naruszył Kabayela, który natychmiast zaczął boksować z wyraźnie podbitym okiem. Pierwsza odsłona? Jedna z tych, które nawet najbardziej upośledzony lokalny sędzia musiałby oddać Knybie. Dominacja była absolutna.

Druga runda tylko tę przewagę potwierdziła. Knyba kontrolował ring, dystans i tempo, choć należy podkreślić, że już nie tak mocno jak w pierwszej rundzie. Gdy chciał, wchodził w półdystans i punktował Kabayela. Gdy potrzebował, wracał na nogach i przebijał jego defensywę. Polak był pewny siebie, świadomy, czytelny dla narożnika i czytelny dla każdego, kto potrafi odróżnić trafiony cios od zamachu ręką w powietrze. Dwie rundy za nami – 2:0 dla Knyby, bez najmniejszej wątpliwości.

Przed trzecią rundą w narożniku Piotr Wilczewski tonował emocje. Radził Knybie odpoczywać w trakcie walki, trzymać Kabayela na dystans, nie wdawać się w niepotrzebne spięcia. Plan był prosty: kontrolować, oszczędzać energię, robić swoje. Nic nie wskazywało na to, żeby ten pojedynek wymykał się spod kontroli. I wtedy zaczęła się klasyka niemieckich ringów.

Trzecia runda przeszła nieco pod dyktando Kabayela, który rzucił się do przodu, próbując odrobić straty. Knyba przyjął kilka ciosów, ale odgryzał się, odpowiadał i, co najważniejsze: był w pełni świadomy, stał na nogach, bronił się i wiedział, co się dzieje. Z lewego łuku brwiowego pojawiło się lekkie rozcięcie, krew sączyła się symbolicznie, więc nic, czego nie widzieliśmy miliony razy u zawodników kontynuujących walkę bez problemu.

I właśnie w tym momencie, po krótkiej serii Kabayela, angielski sędzia Mark Lyson podjął decyzję, która nie ma absolutnie żadnego sportowego uzasadnienia. Przerwał on walkę natychmiast, jakby tylko czekał na pretekst. Jakby realizował plan przygotowany dużo wcześniej. Jakby był tam po to, żeby Kabayel nie musiał dzisiaj naprawdę zapracować na zwycięstwo. To nie była troska o zdrowie zawodnika. To była troska o wynik gospodarza.

Niemcy po raz kolejny pokazały, że ich rynek działa według jednego schematu: promować swoich, bronić swoich i przepychać swoich na każdym możliwym kroku. W przypadku Knyby było to widoczne już od tygodni – narracja medialna, typowania, lokalna atmosfera. Polak miał być rywalem do zjedzenia. Tymczasem wyszedł i zrobił im w ringu bałagan, którego nie przewidzieli. I właśnie dlatego walka została mu zabrana.

Damian Knyba pokazał dziś bardzo dobry boks. Pokazał charakter, chłodną głowę, mocny jab, stabilność na nogach i realne problemy, które Kabayel miał z nim od pierwszych sekund. Przerwanie w trzeciej rundzie nie odzwierciedla przebiegu pojedynku w żadnym stopniu. To nie była porażka sportowa. To była porażka wynikająca z terenu, z układu gospodarza, który musi wygrać, bo tak wygląda biznes.

Jedno jest pewne: Knyba nie będzie narzekał na brak ofert. Po tym, co pokazał, promotorzy na całym świecie dobrze wiedzą, że Polak nie przyjeżdża po wypłatę. On przyjeżdża po zwycięstwo. A że dziś mu je zabrano? Tylko zwiększa to apetyt na rewanż. I na sprawiedliwość.

Autor: Michał Adamczyk – redaktor naczelny

Kontakt: boxingzone2020@gmail.com