Zawsze uważałem i nadal uważam Saula “Canelo” Alvareza (63-3-2) za znakomitego pięściarza. Jednego z najwybitniejszych swojej ery i tego, który wielkimi literami zapisał się w historii boksu zawodowego. Faceta, który przez ponad dekadę niósł na barkach nie tylko boks zawodowy, ale i jego prestiż. Jako kibic i reporter zawsze ceniłem go za ringową inteligencję, za umiejętność adaptacji, za sposób, w jaki łączył technikę z siłą – nie tylko tą fizyczną, ale też marketingową. Ale nawet jako fan nie mogłem udawać, że czarne jest białe. Nie mogłem mówić, że jest dobrze, kiedy widziałem, że jest źle. To byłoby trochę tak, jakbym próbował wmówić sobie bajkę z dzieciństwa pt. “Nowe szaty cesarza” — tylko tym razem cesarzem był rudowłosy Meksykanin z Guadalajary.
Nie byłem obecny na niedawnej walce Canelo z Terence’em Crawfordem (42-0-0), oglądałem ją natomiast w meksykańskim gronie — z moją partnerką i jej rodziną. W takiej atmosferze nie wypadało kibicować nikomu innemu jak Alvarezowi. Wolne żarty, rzecz jasna, gdyż prawdopodobnie nie musiałbym spać na wycieraczce, nawet gdybym był za Crawfordem. Sam zresztą darzę Crawforda ogromnym szacunkiem, jestem jego fanem i naprawdę cieszy mnie jego zwycięstwo — w sportowej rywalizacji był tego dnia po prostu lepszy. Ale mimo wszystko tego wieczoru kibicowałem Canelo. Liczyłem, że potrafi się jeszcze raz szczególnie zmobilizować, że świadomość stawki tej walki obudzi w nim dawnego, kompletnego zawodnika, po prostu drapieżnika.
Spadek formy Canelo nie wziął się znikąd. Jego początki sięgają już 2022 roku, kiedy przegrał z Dmitrym Bivołem (23-0-0) w limicie wagi półciężkiej (light heavyweight). Choć porażka z naturalnym półciężkim nie była kompromitacją, pokazała wyraźnie, że coś się zmienia. Co więcej, szczególnie doceniam Canelo za tamtą decyzję – za to, że mając ugruntowaną pozycję jako niekwestionowany król kategorii super średniej (super middleweight), odważył się awansować dywizję wyżej, by zmierzyć się z bezsprzecznie najlepszym pięściarzem w tej wadze, a jak pokazała przyszłość – również z przyszłym niekwestionowanym mistrzem świata tej kategorii.
Potem przyszły zwycięstwa z Johnem Ryderem (32-7-0), Jermellem Charlo (35-2-1) czy Jaime Munguíą (45-2-0) — i choć nazwiska robią wrażenie, każdy, kto uważnie śledził te walki, widział: to już nie ten sam Alvarez. Coraz mniej kombinacji, coraz mniejsza intensywność, coraz trudniej było mu narzucać tempo. Jeszcze bardziej rozczarowująco wyglądały jego trzy ostatnie występy przed starciem z Crawfordem. W walce z Munguią Canelo był poprawny, ale nic poza tym. W starciu z Edgarem Berlangą (23-2-0), pięściarzem, którego rozpoznawalność i głośne zapowiedzi znacznie przewyższają jego realne możliwości, momentami się męczył. A co do samego Berlangi, jeśli już pozwolicie… poznałem go osobiście w 2022 roku po ważeniu przed galą w Madison Square Garden, gdzie byłem razem z Damianem Knybą (16-0-0), który debiutował wówczas na dużej scenie. Podszedłem, przedstawiłem się i zapytałem, czy możemy zrobić krótki wywiad. W odpowiedzi usłyszałem: „A kim ty w ogóle, kurwa, jesteś?” — słowa wypowiedziane przez człowieka obwieszonego tandetną, wątpliwej jakości biżuterią. Odpowiedziałem spokojnie, że przecież się przedstawiłem, i dodałem, że ma rację: nie mam z nim o czym rozmawiać. I nie, nie, że nie lubię go dlatego, że odpowiedział mi w taki a nie inny sposób — na takie zagrywki jestem akurat odporny. Po prostu nie cierpię ludzi z wybujałym ego, których „wielka morda” nie idzie w parze z żadnymi umiejętnościami. Berlanga jest właśnie takim przypadkiem.
Ale wracając do samego Canelo. Prawdziwym gwoździem do trumny była jednak walka z Williamem Scullem (23-1-0). Po niej nie miałem już wątpliwości co do tego, że chłopaka coś po prostu mocno blokuje. To, co działo się przez dwanaście rund, trudno było nazwać walką. Canelo wyglądał ospale, pozbawiony pomysłu, niemal nie zadawał ciosów. Scull sprawiał wrażenie wystraszonego i zagubionego. Było to widowisko tak żenująco nudne, że wielu kibiców mówiło o „cyrku”, przy którym można było spokojnie zasnąć — i ja sam, mówiąc zupełnie szczerze, byłem tego bliski. Oglądając tę farsę, niemal dosłownie zasnąłem w trakcie transmisji.
Trzeba to powiedzieć jasno: Canelo nie był tylko dominatorem wagi super średniej — on tę kategorię „wyczyścił” do zera. I dokonał tego w sposób absolutnie niezwykły. Na przestrzeni jednego roku najpierw pokonał Calluma Smitha (31-2-0), odbierając mu pas WBA, zdobywając przy okazji wakujący pas WBC, a następnie odbył obowiązkową obronę tytułu z ramienia tejże federacji, całkowicie deklasując ewidentnie przestraszonego Avniego Yildirima (27-5-0), który po trzeciej rundzie zrezygnował z dalszej rywalizacji. Dopiero później Canelo rozpoczął unifikacyjny marsz. Pokonał on Billy’ego Joe Saundersa (30-1-0), kończąc jego karierę, a następnie w walce o bezdyskusyjne mistrzostwo wygrał z jednym z moich ulubionych pięściarzy: Calebem Plantem (23-3-0). Przyznaję uczciwie – wtedy kibicowałem Plantowi. I choć wielu twierdziło, że ze wszystkich rywali w drodze po mistrzostwo świata najłatwiej będzie z Plantem, to właśnie Amerykanin jako jedyny zdołał postawić się Alvarezowi. Do momentu nokautu, który nadszedł w jedenastej rundzie, radził sobie bardzo dobrze i nie wyszedł do ringu jedynie po wypłatę. Każdemu z tych rywali, z wyjątkiem Yildirima, odebrał „zero” w rekordzie. To był historyczny wyczyn, który na trwałe zapisze się w annałach boksu. Ale nawet ten sam Canelo, który wtedy wydawał się nie do zatrzymania, dziś wygląda jak cień tamtej wersji siebie.
Mimo tylu ostrzegawczych sygnałów wielu wierzyło, że Canelo jeszcze raz znajdzie w sobie dawną iskrę. Że świadomość, iż naprzeciw stanie fenomen, który awansował aż dwie kategorie wagowe, obudzi w nim wewnętrznego mistrza. Ale Crawford to nie przestraszony Scull ani przereklamowany Berlanga. To absolutna elita. W starciu z nim Canelo nie miał już ani błysku, ani głodu, ani – co najważniejsze, wiary. I szczerze mówiąc, trudno mi dziś uwierzyć, że coś się jeszcze zmieni. Piszę to z bólem serca, ale myślę, że Canelo nie wróci już na sam szczyt. Crawford, mimo że jest o trzy lata starszy, jest po prostu świeższy. Gdy Meksykanin toczył nawet cztery walki w roku, Crawford stawał do jednej obrony. Różnica w eksploatacji organizmu jest ogromna — i dziś widać ją jak na dłoni.
Canelo wciąż jest wielkim pięściarzem, ale jego era dominacji dobiegła końca. Teraz nie chodzi już o talent — ten wciąż posiada. Chodzi o motywację, której chyba od dłuższego czasu brakuje. Chodzi o to, czy znajdzie w sobie siłę, by jeszcze raz wejść na szczyt. Jeśli tak, zapisze swoje nazwisko złotymi literami. Bo nawet największy cesarz, gdy zdejmuje swoje złote szaty, widzi w lustrze tylko człowieka. A człowiek, który nie ma już w sobie ognia — nie wraca na tron.
Photo: Esther Lin/Premier Boxing Champions
Autor: Michal Adamczyk – redaktor naczelny. Kontakt: frontoffice@boxingzone.org