Pas WBA Regular to jedno z największych nieporozumień we współczesnym boksie zawodowym. Jego istnienie, konsekwentnie utrwalane przez lata przez World Boxing Association (WBA), doprowadziło do sytuacji, w której samo pojęcie „mistrza świata” utraciło swoją pierwotną wagę i znaczenie. Zamiast oznaczać bezdyskusyjnego króla danej kategorii wagowej, stało się terminem rozmytym, nadużywanym i – co gorsza – świadomie wykorzystywanym w celach marketingowych
Korzenie tego problemu sięgają początku lat 90. XX wieku. W 1991 roku Mike McCallum (49-5-1) został ogłoszony mistrzem WBA w wadze super półśredniej (super welterweight), gdy ówczesny czempion, Sumbu Kalambay (57-6-1), otrzymał status „Super Champion” po zunifikowaniu tytułów. Był to pierwszy przypadek, gdy w jednej kategorii federacja miała dwóch czempionów – i choć wtedy nie używano jeszcze terminu „Regular”, mechanizm, który później stanie się standardem, został wprowadzony. Dziewięć lat później proces ten został sformalizowany. W 2000 roku Roy Jones Jr. (66-10-0) zunifikował tytuły w wadze półciężkiej (light heavyweight), a WBA zdecydowała się wprowadzić oficjalny tytuł „Regular”. Pierwszym jego posiadaczem został Bruno Girard (42-4-2), który pokonał Lou Del Valle (36-6-2), otwierając nową erę w historii federacji – erę, w której mistrzostwo świata przestało oznaczać jednoznacznie najlepszego zawodnika w danej wadze.
Od tamtego momentu boks wszedł w okres, który można określić mianem „podwójnej rzeczywistości”. Z jednej strony funkcjonuje pas WBA Super, będący synonimem prawdziwego mistrzostwa – trafiający w ręce zunifikowanych czempionów lub dominatorów danej kategorii. Z drugiej – WBA Regular, który w teorii ma być „drugim” tytułem dla kolejnego najlepszego pretendenta, ale w praktyce jest przedstawiany przez samą federację jako pełnoprawne mistrzostwo.
Wystarczy spojrzeć na nazwiska, które zdobywały ten pas, by dostrzec, jak dalece mylący bywa jego status. W 2011 roku Alexander Povetkin (36-3-1) został „mistrzem WBA” po pokonaniu Ruslana Chagayeva (34-3-1), mimo że faktycznym czempionem federacji pozostawał wtedy Wladimir Klitschko (64-5-0). W 2022 roku Daniel Dubois (22-3-0) sięgnął po pas WBA Regular po zwycięstwie nad Trevor Bryanem (22-2-0), mimo że w tej samej chwili bezdyskusyjnym mistrzem królewskiej kategorii był Oleksandr Usyk (24-0-0). Gervonta Davis (30-0-1) kilkukrotnie zdobywał Regular w wagach super piórkowej (super featherweight) i lekkiej (lightweight), walcząc z rywalami z drugiego szeregu, podczas gdy prawdziwe mistrzostwo pozostawało poza jego zasięgiem. David Morrell (12-1-0) sięgnął po pas Regular w wadze super średniej (super middleweight), mimo że niekwestionowanym królem tej dywizji pozostawał Saul “Canelo” Álvarez (63-3-2).
Lista jest znacznie dłuższa. Erislandy Lara (31-3-3) zdobywał WBA Regular w dwóch różnych kategoriach, mimo że ani razu nie był uznawany za najlepszego pięściarza w swojej wadze. Beibut Shumenov (18-2-0) został „mistrzem świata” w półciężkiej, choć jego rywalizacja omijała czołówkę. Leo Santa Cruz (38-2-1) trzykrotnie zdobywał WBA Regular, choć w tym samym czasie w tych samych kategoriach mistrzami byli inni zawodnicy. Nawet tak uznane nazwisko jak Marcos Maidana (35-5-0) pojawia się na tej liście – również on był posiadaczem Regular w okresie, gdy w tej samej wadze panował prawdziwy czempion.
Nie brakowało też kuriozalnych sytuacji, gdy dwóch „mistrzów WBA” walczyło równolegle w tej samej kategorii. W 2017 roku Anthony Joshua (28-4-0) jako mistrz WBA Super i Mahmoud Charr (34-5-0) jako posiadacz Regular występowali równocześnie jako „czempioni wagi ciężkiej”. W 2022 roku Gennadiy Golovkin (42-2-1) był uznawany za Super Championa w wadze średniej (middleweight), podczas gdy Ryota Murata (16-3-0) reklamowany był jako „mistrz świata” WBA Regular. W 2020 roku Keith Thurman (31-1-0) i Yordenis Ugas (27-6-0) funkcjonowali równolegle jako „mistrzowie WBA” w wadze półśredniej (welterweight), mimo że walczyli w zupełnie innych walkach o zupełnie różnej randze.
Na liście posiadaczy WBA Regular nie może zabraknąć również Lucasa Browne’a (31-6-0). Australijczyk w 2016 roku sięgnął po ten pas, a do dziś uważa się za jedynego w historii swojego kraju mistrza świata w wadze ciężkiej. Fakty są jednak niepodważalne – mistrzem świata nigdy nie był i prawdopodobnie nigdy nie będzie. To przykład, jak skutecznie federacja zdołała wypaczyć znaczenie słowa „mistrz”. Warto przypomnieć, że WBA sama dostrzegła ten problem i kilka lat temu ogłosiła plan redukcji liczby pasów. W pewnym momencie nawet faktycznie zlikwidowała tytuł Regular w kilku kategoriach. Jednak w krótkim czasie federacja wróciła do starego systemu – jakby nigdy nic – tłumacząc się „presją rankingową” i “zapotrzebowaniem promotorów”.
Krytycznie o całej sytuacji wypowiadał się również Floyd Mayweather Jr. (50-0-0). Legendarny mistrz, który sam zdobywał tytuły w pięciu kategoriach wagowych, przyznał, że dobrze, iż pięściarze mają szansę zdobywać pasy, bo to ich motywuje. – „Ale nie możemy udawać, że każdy pas to mistrzostwo świata. Mistrzostwo ma swoje znaczenie – to powinno być coś wyjątkowego. Pasy niższego rzędu mogą być ważne dla kariery, ale nie czynią z ciebie mistrza świata” – mówił Mayweather, trafnie podsumowując sedno problemu. Zdaniem Michała Adamczyka z BoxingZone.org, to nie tylko kwestia semantyki czy marketingu, ale fundamentalne wypaczenie idei sportowej rywalizacji.
– Mistrz świata to powinno być jednoznaczne określenie. Jeżeli w tej samej wadze mamy dwóch mistrzów tej samej federacji, to pojęcie to traci sens – zważywszy na to, że mamy cztery mistrzowskie pasy w kazdej kategorii. I to nawet nie jest dla mnie dużym problemem, gdyż czekam z niecierpliwością na mistrzowskie pojedynki i uwielbiam oglądać walki unifikacyjne, bo dają obraz tego, kto w danym momencie jest faktycznie najlepszy w swojej kategorii. Krótki przykład: Terence Crawford, posiadający “jedynie” pas WBO w wadze półśredniej, zbił jak dzieciaka Errola Spence’a Jr,czyli posiadacza trzech pozostałych pasów WBA, WBC, IBF i nic nie ujmuję Spence’owi – zdobył wszystkie te pasy w pojedynczych walkach, nawet na wyjeździe w Anglii. Lubię walki unifikacyjne i nie przeszkadza mi ilość czterech pasów, ale na pewno nie pięciu w czterech federacjach! Ale do sedna: WBA Regular to trofeum wtórne, które może być ważnym krokiem w karierze, ale nie powinno być traktowane jak najwyższe osiągnięcie w boksie zawodowym. Ja sam, pisząc, mówiąc o nadchodzących walkach, których wagą jest pas Regular, podkreślam, iż nie jest to tytuł mistrza świata, lub inaczej – określam go po prostu mianem WBA Regular, ale nigdy prawowitym tytułem. Rozumiem potrzeby marketingu, – boks zawodowy zawsze był, jest i zapewne będzie skomercjalizowany, ale nie przeinaczajmy faktów i nie wprowadzajmy w błąd, bo to jest coś co absolutnie nie powinno mieć miejsca. – mówi Adamczyk.
Dopóki World Boxing Association nie zdecyduje się ostatecznie zlikwidować pasa Regular lub przynajmniej zmienić jego nazwę, słowo „mistrz” w jej wydaniu będzie miało zupełnie inne znaczenie niż to, które historycznie kojarzymy z największymi nazwiskami w historii boksu. A jeśli ktoś chce naprawdę wiedzieć, kto jest mistrzem świata, musi patrzeć wyżej – tam, gdzie na biodrach błyszczy pas Super Champion, a w ringu rywalizują najlepsi z najlepszych. Mistrzostwo świata w boksie od zawsze oznaczało coś wyjątkowego – szczyt kariery, sportową nieśmiertelność i niepodważalne miejsce na tronie. Dopóki WBA będzie sprzedawać złudzenie mistrzostwa jako produkt marketingowy, dopóty boks będzie funkcjonował w świecie pozorów. Pas Regular może być narzędziem promocji, ale nigdy nie będzie koroną.
Autor: Michal Adamczyk, BoxingZone.org. – Kontakt: frontoffice@boxingzone.org.