W minioną sobotę byliśmy świadkami jednej z najlepszych walk o tytuł mistrza świata w historii wagi ciężkiej (heavyweight), w której Tyson Fury (31-0-1) po niezwykle emocjonującej, pełnej dramaturgii walce, pokonał przez nokaut Deontay’a Wildera (42-2-1) i po raz pierwszy w karierze obronił tytuł mistrza świata.
Początek walki o zielony pas federacji WBC był niezwykle wyrównany. Wilder, co można nazwać pewnego rodzaju niespodzianką, wykazywał się po pierwszym gongu większą aktywnością, choć upadł na matę ringu już w pierwszej rundzie. W kolejnej odsłonie “Bronze Bomber” zrewanżował się Fury’emu, posyłając go na deski dwukrotnie , zaraz przez zakończeniem rundy, co mogło być zbawienne dla Anglika, który jak przyznaje – nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
– Kiedy idziesz popływać to zmokniesz. Gdy bawisz się ogniem zbyt długo, sparzysz się. Stoczyłem trzy walki z najmocniej bijącym facetem w historii tego sportu w mojej dywizji. I złapał mnie dwa razy w czwartek rundzie, ale nie pomyślałem ‘oh, to koniec’. Pomyślałem ‘ok, dobry strzał, ale oddam ci za minutę’ i tak zrobiłem. Byłem całkowicie świadomy. Widziałem jak sędzia liczy i cały czas byłem tam obecny. Potrząsnął mną i postawił do walki – to jest boks. Takie jest również życie. Nie chodzi o to ile razy zostajesz pokonany, lub ile razy wygrywasz. Chodzi o to, aby wstać, wrócić i iść do przodu. – powiedział po walce Fury w rozmowie z Crystiną Poncher.
Wiele wskazuje na to, że “Gypsy King” w swojej kolejnej walce zmierzy się z Dillianem Whyte’m (29-2-0), który ma stać się obowiązkowym pretendentem do tytułu mistrza świata z ramienia federacji WBC, jeśli wygra 30 października z Otto Wallinem (22-1-0) na gali w Londynie. Póki co nie ma mowy o walce unifikacyjnej o wszystkie tytuły, bowiem posiadacz trzech pozostałych pasów, Oleksandr Usyk (19-0-0) zmierzy się w przyszłym roku z Anthony’m Joshua (24-2-0) w walce rewanżowej.