W świecie zawodowego boksu raz na jakiś czas pojawiają się postacie, które wydają się stworzone do wielkości. Błyskotliwy talent, naturalna charyzma, błyskawiczne sukcesy – wszystko wskazuje na to, że ich nazwiska na lata zagoszczą na szczycie rankingów. Adrien Broner (35-5-1) jest jednym z nich. Pięściarz z Cincinnati (Ohio, Stany Zjednoczone) miał być następcą Floyda Mayweathera Jr., człowiekiem, który przejmie schedę po legendarnym zawodniku i stanie się nową twarzą boksu. Ale jego historia potoczyła się zupełnie inaczej. Zamiast legendy powstał symbol zmarnowanego potencjału i ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń.

Adrien Broner urodził się w 1989 roku w Cincinnati i już jako nastolatek uznawany był za diament, który wystarczy tylko oszlifować. Od momentu zawodowego debiutu w 2008 roku szybko zaczął kolekcjonować zwycięstwa, zachwycając szybkością, refleksem i ofensywnym stylem. W wieku zaledwie 23 lat miał już na koncie trzy mistrzowskie tytuły w różnych kategoriach wagowych – super piórkowej (super featherweight), lekkiej (lightweight) i super lekkiej (super lightweight). 

Zarówno eksperci, jak i fani widzieli w nim „nowego Mayweathera”. Był efektowny, głośny, kontrowersyjny i pewny siebie. A przy tym naprawdę świetny w ringu. Pojedynki z Antonio DeMarco (33-9-1), Gavinem Reesem (38-4-1) czy Eloyem Pérezem (23-1-2) umacniały jego pozycję jako jednego z najciekawszych pięściarzy młodego pokolenia. W grudniu 2013 roku doszło jednak do wydarzenia, które całkowicie odmieniło trajektorię jego kariery. W starciu z Marcosem Maidaną (35-5-0), Broner nie tylko przegrał pas WBA w wadze półśredniej (welterweight), ale został brutalnie sprowadzony na ziemię – dwukrotnie lądował na deskach, a jego aura niepokonanego talentu prysła jak mydlana bańka.

Od tamtej pory coś się złamało. Zamiast ciężko pracować i wrócić silniejszym, Broner coraz bardziej koncentrował się na życiu poza ringiem. Zaczęły się pojawiać kontrowersyjne wypowiedzi, publiczne skandale, problemy z wagą i dyscypliną. W ringu – przegrane z czołowymi rywalami: Shawnem Porterem (31-4-1), Mikeyem Garcią (40-2-0) czy Mannym Pacquiao (62-8-3). Każda z nich była kolejnym gwoździem do trumny jego statusu sportowej gwiazdy. 

Równolegle do problemów sportowych pojawiły się też te prywatne. Broner, który przez lata obnosił się z bogactwem i luksusem, nagle stanął na skraju bankructwa. Rozrzutność, brak kontroli nad finansami i złe decyzje sprawiły, że „The Problem” dosłownie został bez środków do życia. Jakby tego było mało, jego życie rodzinne rozsypało się w dramatycznych okolicznościach. Żona opuściła go, zabierając ze sobą dzieci. To właśnie ten moment wielu obserwatorów uważa za punkt bez powrotu: prywatna pustka i finansowa ruina sprawiły, że Broner już nigdy nie był w stanie odbudować swojej mentalności z czasów największych sukcesów.

Kiedy wydawało się, że gorzej być nie może, nadszedł czerwiec 2024 roku i pojedynek z Blairem Cobbsem (17-1-1). Broner, który w zapowiedziach był pewny siebie jak za dawnych lat, obiecywał, że „zmiecie rywala z powierzchni ziemi” i udowodni, że wciąż stać go na wielkie rzeczy. Rzeczywistość okazała się brutalna. W ringu był cieniem samego siebie: wolny, pozbawiony refleksu, bez dawnej dynamiki. Cobbs kompletnie zdominował walkę, posyłając Bronera na deski i wypunktowując go bez większego wysiłku. Co więcej, w trakcie pojedynku Broner został trafiony tak mocno, że stracił dwa zęby. Obrazek, który stał się symbolem jego sportowego upadku.

Porażka z Cobbsem nie tylko pokazała, jak daleko od elity się znalazł, ale również przekreśliła wszelkie plany na poważny powrót. Wielkie słowa i buńczuczne zapowiedzi zderzyły się z rzeczywistością w sposób wyjątkowo bolesny. Dziś Adrien Broner pozostaje postacią rozpoznawalną, ale już nie z powodu sportowych osiągnięć. Jego nazwisko jest lekcją, przykładem, jak błyskotliwa kariera może zostać zniszczona przez brak dyscypliny, złe decyzje i problemy osobiste. Talent, który miał zrewolucjonizować boks, stał się symbolem zmarnowanych szans. Jego historia to ostrzeżenie dla młodych pięściarzy: nawet największy potencjał nie wystarczy, jeśli brakuje pokory, pracy i stabilności poza ringiem. 

Jeśli historia Bronera jest przestrogą przed zmarnowanym talentem, to przykład Chrisa Colberta (17-2-0) można uznać za jej nowoczesną, choć mniej spektakularną wersję. „Primetime” od początku kariery stawiał na głośne zapowiedzi i kontrowersyjne wypowiedzi – mówił, że „walczy wyłącznie dla pieniędzy”, obnosił się z wątpliwej jakości biżuterią i starał się budować wizerunek niepokonanego showmana, zanim jeszcze zdążył cokolwiek udowodnić w ringu.

Problem w tym, że sportowo nigdy nie wszedł nawet na poziom, na którym znajdował się Broner. Jego kariera zaczęła się sypać szybciej, niż tak naprawdę się zaczęła rozkręcać. W kontrowersyjnym pierwszym pojedynku z Jose Valenzuelą (13-3-0) Colbert powinien był ponieść porażkę, jednak sędziowie wypunktowali zwycięstwo na jego korzyść, co spotkało się z powszechną krytyką środowiska bokserskiego. Rewanż nie pozostawił już żadnych wątpliwości – Valenzuela znokautował go brutalnie, kończąc wszelkie złudzenia dotyczące przyszłości Colberta na najwyższym poziomie.

Dziś jego nazwisko niemal nie pojawia się w rozmowach o poważnych pojedynkach. To przykład pięściarza, który krzyczał głośniej, niż bił, a jego słowa miały znacznie większy zasięg niż jego sportowe osiągnięcia. Chris Colbert to współczesne ostrzeżenie – że boks to nie tylko gadanie, l łańcuchy (niekoniecznie drogie), kolorowe włosy i marketing. Bez wyników, w ringu nawet największe zapowiedzi gasną szybciej, niż błysk fleszy na konferencjach prasowych.

Autor: Michal Adamczyk – redaktor naczelny. Kontakt: frontoffice@boxingzone.org