Już za niewiele ponad miesiąc (9 października) na gali w Las Vegas (Nevada, Stany Zjednoczone), Tyson Fury (30-0-1) przystąpi do swojej pierwszej obrony tytułu mistrza świata federacji WBC, kategorii ciężkiej (heavyweight), w bezpośrednim rewanżu z byłym posiadaczem tytułu, Deontay’em Wilderem (42-1-1).
Od czasu rewanżu obu pięściarzy, który odbył się w lutym ubiegłego roku, zarówno jeden jak i drugi nie pojawił się między linami, a miało na to wpływ wiele czynników. Między innymi przyczyniła się do tego ogólnoświatowa epidemia, przez którą kontrakt na zaplanowane trzecie starcie wygasł (według współpromotora Fury’ego, Boba Aruma), choć koniec końców jeden z sądów arbitrażowych orzekł, że prawnie trzecia walka musi dojść do skutku i ustalono, że będzie to 24 lipca.
Podczas gdy wszystko było zapinane już na ostatni guzik, a bilety na wydarzenie ruszyły w obieg, na niewiele ponad dwa tygodnie przed galą, u Tysona Fury’ego wykryto covid-19, w związku z czym impreza została przeniesiona na październik. Kompletnie niezwiązany promotorsko zarówno z Wilderem jak i Fury’m, Eddie Hearn twierdzi, że jeśli walka Anglika z Amerykaninem nadal będzie przekładana, Fury powinien stracić pas WBC.
– Nie sprzedali żadnych biletów i nie ma w ogóle żadnego szumu wokół tej walki. Jestem pewien, że jeśli ona się wydarzy, ludzie włączą telewizory, ale nikt nie poleci do Las Vegas. Uważam, że 75 procent ludzi, którzy byli na drugiej walce to byli Brytyjczycy, którzy przylecieli z wysp, a teraz normalni kibice nie będą mogli tego zrobić. Chcę, aby wydarzyło się to na sto procent, by móc spróbować ponownie doprowadzić do walki z Joshuą o wszystkie pasy. Jeśli tak się nie stanie, WBC musi w końcu odebrać pas Fury’emu, który nie boksował od lutego 2020 roku. Jeśli nie zawalczy w październiku, to miną prawie dwa lata. Dillian Whyte czekał jako tymczasowy mistrz zdesperowany i zasługujący na szansę. Rozumiem, że dwuletnia nieobecność spowodowana jest pandemią i problemami, ale jeśli mijają dwa lata, a wszystkim innym udało się już walczyć, tu też coś musi się wydarzyć.– powiedział Hearn dla “The Sun”.
Pewnego rodzaju desperację można jednak bardziej zobaczyć u Hearna, niż u Whyte’a. Owszem, Jamajczyk z angielskim paszportem bardzo długo posiadał tymczasowy tytuł WBC, jednakże stracił go w sierpniu ubiegłego roku, przegrywając przez nokaut z Alexandrem Povetkinem (36-3-1). W bezpośrednim rewanżu to Whyte był górą, pokonując przed czasem Rosjanina, który niedawno ogłosił zakończenie kariery.
Eddie Hearn widzi u kogoś to, czego nie widzi u siebie. Brytyjski promotor sam nie był w porządku chociażby wobec Oleksandra Usyka (18-0-0), który awansując do dywizji ciężkiej, od razu zyskał status obowiązkowego pretendenta, a jak pamiętamy Hearn robił wszystko, aby jego zawodnik, Anthony Johsua (24-1-0) nie musiał walczyć z Usykiem, bezczelnie naciskając na federację WBO, aby “po raz ostatni” przychyliła się do jego prośby. Na horyzoncie był już bowiem plan walki unifikacyjnej o wszystkie pasy pomiędzy Joshuą, Fury’m jednakże gdy Hearn poinformował, że wszystko jest już uzgodnione, wówczas sąd arbitrażowy w Stanach oświadczył, że Fury nie stoczy żadnej walki, dopóki nie spotka się z Wilderem. W tym czasie WBO zakomunikowało, że jeśli na przestrzeni kilku dni sprawa się nie wyjaśni, Joshua obowiązkowo musi zmierzyć się z Usykiem, lub straci pas. Przypomnijmy jeszcze, że gdy Usyk nie chciał zgodzić się na walkę o tymczasowy pas WBO z Joe Joyce’m (12-0-0) naciskając na zasłużony i ciężko wypracowany pojedynek z Joshuą, Hearn zerwał z nim umowę. Wszystkie plany Hearna wobec walki Joshuy z Fury’m pękły niczym mydlana bańka po tym, jak w ubiegłą sobotę (25 września), Usyk zabrał do szkoły Joshuę, pokonując go bezapelacyjnie jednogłośną decyzją sędziów na gali w Londynie.
9 października w Las Vegas oprócz świetnie zapowiadającej się walki wieczoru pomiędzy Tysonem Fury’m, a Deontay’em Wilderem, między linami ujrzymy również najlepszego polskiego pięściarza wagi ciężkiej, Adama Kownackiego (20-1-0), który zmierzy się również w bardzo długo wyczekiwanym rewanżu z Robertem Heleniusem (30-3-0). Karta walk całej gali zapowiada się wybornie: Efe Ajagba (15-0-0) skrzyżuje rękawice z Frankiem Sanchezem, Edgar Berlanga (17-0-0) stanie naprzeciw Marcelo Coceresa (30-2-1), zaś amerykański prospekt rozwijający się w bardzo szybkim tempie, Jared Anderson (9-0-0) skonfrontuje się z niepokonanym póki co na zawodowych ringach Vladimirem Tereshkinem (22-0-1). Gala w Las Vegas zapowiada się niezwykle emocjonująco i pozostaje nam jedynie wierzyć, że tym razem nic nie stanie na przeszkodzie, aby doszła ona do skutku.