Co Valentin Angelmann (Francja), Perry “Kid” Graves (USA), Heinz Lazek (Austria), oraz Johnny “Kid” Alberts (Austria) mają ze sobą wspólnego? Otóż w początkowych dekadach XX wieku byli bardzo blisko zapisania się na kartach historii jako mistrzowie świata zawodowców. Zdaniem niektórych ekspertów Lazek jest najbardziej znanym pięściarzem z Austrii, w latach 30. boksował w królewskiej kategorii i sięgnął nawet po tytuł. Sęk w tym, że mowa o nieuwzględnionym tytule, bo za taki uchodził wówczas pas IBU. Rzecz w tym, że w dawnych latach boksu mnóstwo pięściarzy w przeróżnych kategoriach wagowych miało tzw. “claim” czyli prawo do pewnego tytułu, ale nie był to jednak najbardziej uznawany tytuł mistrzowski po który sięgnęli inni zawodowcy w tamtym okresie; ci, którzy trwale zapisali się w annałach sztuki słodkiej nauki jako mistrzowie świata dzięki czemu figurują w encyklopediach czy dziełach historycznych.

Tak więc karty historii ominęły Lazeka, podobnie jak jego rodaka “Kid” Albertsa, i to z takich samych względów, tylko w innej dywizji – półśredniej. Natomiast inny zawodnik z wagi półśredniej – “Kid” Graves – co prawda bliżej był tytułu, ale ostatecznie również nie przeszedł do historii, tak jak Francuz Angelmann, który stoczył 175 walk, z czego zwyciężył aż 120!

Niesprawiedliwe jest to, iż wszyscy czterej wymienieni nie tylko nie figurują w historii pięściarstwa jako czempioni globu, ale też nie przeszli do historii nawet jako oficjalni pretendenci do tytułu mistrzowskiego bowiem pasy o które walczyli były mało uwzględniane przez ówczesnych władz tejże dyscypliny. Jeśłi porównamy rekordy i liczby stoczonych walk tych czterech wojowników z pewnymi dzisiejszymi mistrzami świata czy pretendentami (którzy wkraczają między liny raz lub dwa w roku), to mamy niewiarygodną sprawę.

Podsumowując, jako, iż nazwiska Angelmanna, Gravesa, Lazeka oraz Albertsa nie widnieją na oficjalnych listach czempionów globu potężnych federacji/organizacji, to zostali oni wstrzymani od napisania historii dla swoich odpowiednich krajów. W tym przypadku najbardziej ucierpiał austriacki boks, który po dziś dzień nie doczekał się ani jednego mistrza świata. Ostatnio Jan Błachowicz napisał historię dla Polski w innym sporcie walki, ale wracając do boksu, tak jak bokserska Austria czeka niecierpliwie na pierwszego czempiona globu, tak Polska czeka na pierwszego mistrza świata wszechwag zawodowców. Boks, jak życie, pisze różne scenariusze, więc kto wie, może po wręcz dekadach posuchy Austria i Polska będą celebrować w ringu słodkie zwycięstwa nawet tego samego wieczoru? Oby!