Już w najbliższy wtorek (w Polsce w nocy z wtorku na środę) na gali w Nowym Jorku w Madison Square Garden po blisko ośmiesięcznej przerwie do ringu powróci Michael Hunter (19-1-1), który w walce wieczoru na gali organizowanej przez grupę Triller, skrzyżuje rękawice z Mike’m Wilsonem (21-1-0). Będzie to pierwsza edycja comiesięcznego cyklu TrillerVerz Boxing.
W 2019 roku Hunter podpisał kontrakt z Matchroom Boxing, wiążąc z grupą Eddie’go Hearna spore nadzieje. Pięściarz z Kalifornii mocno się jednak rozczarował i po trzech walkach Matchroom nie przedłużył z nim kontraktu, czym Hunter nie był wtedy już mocno zawiedziony. Amerykanin twierdzi, że nie był traktowany sprawiedliwie, względem swoich kolegów po fachu startujących dla Hearna.
– W Matchroom osiągnąłem swój szczyt. W pewnym sensie spodziewałem się tego. Pozwolenie mi odejść było w pewnym sensie znakiem, że już wyczerpaliśmy limit. Po prostu czułem, że nie jestem takim zawodnikiem jak np. Dillian Whyte, który faktycznie jest pięściarzem tej grupy. Byłem zwykłym gościem, który chodził do pracy. Dzwonili do mnie i tak naprawdę nie miałem nic do powiedzenia z kim, kiedy i gdzie walczę. – mówi Hunter w rozmowie z The SI Boxing Podcast.
Popularny “The Bounty” przyznaje, że nie miał zbyt wielu opcji, które odpowiadałyby rozwojowi jego kariery, więc postanowił podpisać kontrakt z nowopowstałą grupą Triller, dzięki której wierzy, że uda mu się wspiąć na najwyższe szczyty kategorii ciężkiej (heavyweight).
– Waga ciężka nie jest mocną stroną grupy Top Rank, zwłaszcza jeśli mówimy o afroamerykańskich pięściarzach. W PBC już byłem, więc nie miałem zbyt dużego wyboru. Zawsze chciałem walczyć w tylu walkach ile to było możliwe i dostawać jak największe walki. – powiedział Hunter.