Mistrz olimpijski z Londynu (2012), Luke Campbell (20-4-0) mocno podważył pozycję Conora Benna (25-1-0), sugerując, że ten wciąż ma sporo do udowodnienia, jeśli chce być stawiany obok ścisłej światowej czołówki. Punktem odniesienia dla tej dyskusji stała się oczywiście jego  sobotnia wygrana nad Regisem Prograisem (30-4-0) i właśnie tutaj warto zachować odpowiednie proporcje. 

Nie można jednak tej walki przedstawiać w taki sposób, jakby Prograis był zawodnikiem skazanym na porażkę jeszcze przed pierwszym gongiem. Owszem, 37-letni Amerykanin był już na finiszu kariery, ale przed wejściem do ringu nadal pozostawał jednym z najgłośniejszych nazwisk kategorii super lekkiej (super lightweight) ostatniej dekady. Były dwukrotny mistrz świata, pięściarz z ogromnym doświadczeniem i renomą zbudowaną na pojedynkach z absolutnym topem. To nadal był rywal, którego nie można było lekceważyć.

Dlatego zwycięstwo Benna ma realną wartość sportową. Nie dlatego, że pokonał rywala w jego najlepszej wersji, lecz dlatego, że mierzył się z weteranem, który nadal wnosił do ringu klasę, doświadczenie i markę rozpoznawalną na całym świecie. Nie nazwisko dobrane wyłącznie pod rekord, ale test z zawodnikiem, który jeszcze przed weekendem budził bardzo duże zainteresowanie kibiców. Na tym tle słowa Campbella wybrzmiały wyjątkowo mocno.

Nie jesteś nawet blisko mojego poziomu. Gdybym wrócił z emerytury, byłbyś dla mnie walką na rozgrzewkę. – powiedział Campbell. 

Ten cytat dobrze oddaje istotę całej dyskusji. Campbell nie umniejsza samej wygranej Benna, lecz poddaje w wątpliwość, czy taki występ wystarcza dziś, by stawiać go dziś na poziomie największych nazwisk kategorii półśredniej (welterweight).

Autor: Michał Adamczyk – redaktor naczelny. Kontakt: boxingzone2020@gmail.com