Podczas zakończonej przed momentem gali w Las Vegas (Nevada, Stany Zjednoczone) główne skrzypce należały do jednego zawodnika. David Benavidez (32-0-0) w walce wieczoru zmierzył się jako pretendent z Gilberto Ramirezem (48-2-0) o pasy WBA i WBO w kategorii junior ciężkiej (cruiserweight) i dał występ, który realnie ustawia go w ścisłej czołówce tej dywizji.

Od pierwszego gongu było widać, że Benavidez nie zamierza czekać ani kalkulować. Wysokie tempo, ciągła presja i aktywność sprawiły, że Ramirez bardzo szybko został zmuszony do walki na wstecznym. Różnica w dynamice była wyraźna, bowiem Benavidez pracował seriami, zmieniał kąty ataku i nie dawał rywalowi złapać rytmu.

Ramirez próbował odpowiadać, szukał miejsca na swoje akcje i momentami trafiał, ale nie był w stanie zatrzymać naporu. Benavidez konsekwentnie rozbijał go na górze i na dole, a jego aktywność nie spadała z rundy na rundę. To właśnie ta konsekwencja i tempo były kluczowe.

Rozstrzygnięcie przyszło w szóstej rundzie. Benavidez zasypywał Ramireza coraz większą liczbą ciosów, wcześniej posłał go na deski w czwartej rundzie, a w szóstej doprowadził do sytuacji, w której oko Ramireza było całkowicie zamknięte. Po kolejnej serii ciosów mistrz przyklęknął i nie był w stanie kontynuować walki. Sędzia Thimas Taylor przerwał pojedynek, a Benavidez sięgnął po pasy WBA i WBO.

To zwycięstwo robi jeszcze większe wrażenie, jeśli spojrzeć na kontekst. Dla Benavideza był to debiut w kategorii junior ciężkiej i od razu walka o dwa tytuły mistrzowskie. Nie tylko wygrał, ale zrobił to w sposób jednoznaczny, bez momentów zawahania. Wyglądał jak zawodnik, który naturalnie pasuje do tej wagi, czyli silny, wytrzymały i zdolny utrzymać wysokie tempo przez cały pojedynek. Póki co wiadomo, że Ramirez zakończył walkę ze złamanym nosem, a następnie udał się do szpitala na szczegółowe badania. O jego stanie zdrowia będziemy informować na bieżąco. 

Po walce Benavidez jasno określił kierunek. Zadeklarował gotowość zejścia do kategorii półciężkiej (light heavyweight), wskazując Dmitrii’a Bivola (24-1-0) jako numer jeden na swojej liście. Jednocześnie po raz kolejny wywołał do walki Saula “Canelo” Alvareza (63-2-2), który był obecny na gali, ale nie wszedł w żadną publiczną wymianę zdań.

Na ten moment nic nie wskazuje, żeby do starcia z Alvarezem miało dojść, o ile kiedykolwiek dojdzie, co jest raczej mało prawdopodobne, żeby nie powiedzieć niemożliwe. Znacznie bardziej realny wydaje się scenariusz pozostania Benavideza w junior ciężkiej i ewentualnej konfrontacji z czołówką tej kategorii, gdzie jednym z najmocniejszych nazwisk pozostaje Jai Opetaia (30-0-0).

Wcześniej, w co-main evencie w kategorii super średniej (super middleweight), Jaime Munguia (46-2-0) zmierzył się z broniącym pasa WBA wagi suoer średniej (super middleweight), Armando Resendizem (16-3-0). Tutaj przebieg walki był bardziej przewidywalny. Munguia od początku kontrolował tempo, utrzymywał dystans i punktował rywala w kolejnych rundach. Resendiz próbował odpowiadać, ale nie był w stanie przejąć inicjatywy. Ostatecznie Munguia wygrał wyraźnie na punkty, zostając mistrzem świata w drugiej dywizji. W przeszłości dzierźył on pas WBO wagi super półśredniej (super welterweight). 

Gala w Las Vegas pokazała dwa różne sposoby wygrywania. Spokojną kontrolę na dystansie i bezpośrednie przełamanie rywala. Największe wrażenie zostawił jednak bezsprzecznie Benavidez. Nie ma wątpliwości co do tego, że to zawodnik, którego rywale będą unikać jak ognia. 

Autor: Michał Adamczyk – redaktor naczelny. Kontakt: boxingzone2020@gmail.com